znowu odpuściłem

Kurcze… no nie jest to dla mnie takie proste żeby faktycznie chociaż raz w tygodniu siąść i napisać jakiś wartościowy wpis. Z jednej strony zawsze mogę zdjąć tę stronę z sieci i już olać sprawę całkowicie z drugiej natomiast naprawdę wolę coś napisać raz na kilka miesięcy. Zwyczajnie w świecie robię inne rzeczy i wcale nie jest to jednoznaczne z tym, że nie mam czasu. Decyduję się ten czas co mam poświęcać na coś innego lub skupiam się na tym co mogę jeszcze zrobić z moimi projektami które rozwijam. Chcę tu pisać. Prawdopodobnie muszę się zastanowić nad jakąś konkretną tematyką tego bloga bo właściwie jest tu na razie jakiś zbiór moich przemyśleń i wspomnień. Może będę pisać o eventach? Znam się na imprezach dosyć dobrze. Gram na nich, robię filmy, prowadzę. Może taka tematyka będzie mnie motywować do rozwijania tego bloga. A może po prostu zostawię sobie w sieci takie miejsce gdzie właściwie mogę pisać co uważam i nikt mi totalnie tego nie zabroni bo to moje podwórko. Nie wiem… kolejna rzecz do przemyślenia na dzisiejszy wieczór… zobaczymy…

coś krótkiego vol.1

Tak jak ostatnio pisałem- pisanie tak samo jak czytanie jest ważne i trzeba to pielęgnować. Napiszę więc luźne przemyślenia.

Miałem niedawno okazję jeden dzień popracować w dużym sklepie sprzedającym IT, RTV, AGD itp. Moja praca trwała tylko jeden dzień. Normalnie pracownik miesiąca :) Szedłem tam pełen entuzjazmu, że mi się ta praca może spodobać jednak przeliczyłem swoje możliwości zdrowotne. Hemofilik nie wytrzyma 11h stania na nogach a ta firma tego wymagała. Kiedyś już pracowałem po 8-9h dziennie, praktycznie non stop na nogach i uważam, że w tym okresie czasu zniszczyłem najbardziej swoje stawy. Żadne pieniądze nie były warte tego co straciłem a już na pewno te które tam zarabiałem. Od tamtej pory wiedziałem, że w jakim bym nie był położeniu finansowym nigdy dla zarabiania pieniędzy nie poświęcę zdrowia. Z resztą jak pogadałem z pracownikami wspomnianego sklepu okazało się, że wcale kokosów, ani nawet kokosików tam nie zarabiają. Podczas rozmowy z jednym kolegą myślałem: “dźwigasz te lodówki i pralki, masz dobrą bajerę do klientów, jesteś ogarnięty, po studiach i zarabiasz tylko tyle???!!!” Jakoś jestem przyzwyczajony, że mam płacone tyle na ile faktycznie wyceniam swoją pracę a tam było ewidentnie widać brak proporcjonalności między tymi aspektami.

Ogólnie jednak uważam, że spędziłem tamten dzień bardzo ciekawie. Dowiedziałem się sporo ciekawostek o sprzętach. Jako robiący dobre wrażenie gagatek sprzedałem sporo rzeczy. Dowiedziałem się jak działa taki sklep od strony logistycznej. No i oczywiście poznałem kilka nowych i interesujących osób. Na szczęście z kierownikiem, który mnie “zatrudnił” szybko sobie wyjaśniliśmy, że niestety ta praca nie będzie dla mnie i bez żadnego żalu rozstaliśmy się za porozumieniem stron, jak to mówią :D. Może będzie w przyszłości jakaś zniżka przy zakupach :)

 

Ciężko się zmotywować do pisania

Jak czasem pomyślę, że mam przecież w sieci takie swoje miejsce gdzie właściwie mogę pisać co mi się tylko podoba nagle wpada do głowy 1000 pomysłów o czym zrobię post. Przychodzi później co do czego i żeby usiąść faktycznie przed komputerem i skupić się tylko na tym trzeba nie lada wysiłku. Jedno zdanie powinno wynikać z drugiego, tekst powinien mieć sens i być (przynajmniej dla mnie) w miarę stylistycznie poprawny. Kiedy jednak próbuję skleić coś do kupy wychodzi szambo. Myślę o innych sprawach, rozpraszam się jutrubem i fejsbukiem, urywa mi się myśl i nie wiem co pisać dalej, ktoś mi przeszkadza lub ogólnie zaczynam się denerwować, że to nie jest takie łatwe jak mi się wydawało. Przerywam wtedy pisanie, czytam to co napisałem, śmieję się sam z siebie i usuwam. Dlatego jest tu tak mało wpisów! 😀 Zacznę chyba wrzucać po prostu krótsze teksty żeby zwyczajnie trenować. Pisanie – tak samo jak czytanie, jest ważne więc trzeba o to dbać!

Live Act Masters 3

We wrześniu miałem podwójnego farta: załapałem się na bezpłatne, tygodniowe warsztaty z produkcji muzycznej, beatboxu i live actów oraz do projektu dietetyczno-treningowego trenera personalnego Michała Sulewskiego (www.michalsulewski.pl).

O tym drugim napiszę następnym razem.

Live Act Masters to warsztaty mające na celu integrację kulturową polski i niemiec. Uczestnik miał opłacone wyżywienie (3 posiłki dziennie), nocleg oraz same warsztaty. Warsztaty trzeciej edycji obejmowały produkcję muzyczną, beatbox i live acty (czyli tworzenie muzyki na żywo przy pomocy komputera).

Pierwszego dnia zostaliśmy podzieleni na zespoły (według własnych sugestii) które po powrocie do Wrocławia miałyby prezentować swoje produkcje podczas finałowego koncertu we Wrocławskich Neonach. Musieliśmy wymyślić cały kawałek od pierwszego akordu do całej aranżacji. Współpracowałem z wrocławskim multiinstrumentalisto-producentem oraz niemiecką wokalistką-amatorką. Później wziąłem udział jeszcze w jednym projekcie wymieniając kolegę z Wrocławia na jego bratnią duszę z Oświęcimia. Chłopaki byli bardzo otwarci na każdą pomoc. Chętnie tłumaczyli mi wszystko o programie w którym pracowaliśmy (a był nim Ableton).

Klimat warsztatów był bardzo magiczny. Mieliśmy do dyspozycji całe schronisko górskie pod Bystrzycą Kłodzką, ze słabym zasięg telefonu (ponieważ byliśmy tuż przy granicy czeskiej), wynajęty z DJ SHOPu sprzęt jak mikrofony, odsłuchy, statywy oraz cały sprzęt który każdy z uczestników wziął ze sobą (a tego było naprawdę sporo). Dzień wyglądał tak, że wstawaliśmy rano, jedliśmy śniadanie i robiliśmy muzykę. Tylko jeszcze o 15 obiad i o 19 kolacja.

Sami uczestnicy warsztatów byli bardzo oryginalnymi ludźmi. Sporo z nich żyło z muzyki występując na koncertach, grając po weselach czy zwyczajnie muzykując tam gdzie się da za kasę. Rozmowy o wszechświecie, o ludziach, o naturze i świadomości były praktycznie co chwila.

Szczerze to dawno nie nauczyłem się w tak krótkim czasie tylu przydatnych umiejętności. Przyjechałem jako zwykły beatboxer a wyjechałem jako beatboxer umiejący ze swojego aparatu mowy zrobić bibliotekę sampli do produkcji całych utworów.

Strzałeczka 😉

Sklep z używkami

Miałem okazję popracować w sklepie w którym nauczyłem się życia :)

Historia zaczyna się parę miesięcy temu, kiedy zagadał do mnie kolega z propozycją pracy. Szukał zaufanej osoby, która raz w tygodniu od rana do wieczora sprzedawałaby w jego niedawno przejętym sklepie. Sklep znajduje się przy parku w dużej dzielnicy Wrocławia. Konkurencja jest spora więc już na samym początku zastanawiałem się jak ten sklep w ogóle funkcjonuje. Mieszkałem kiedyś 3 min drogi od niego a zajrzałem może 2-3 razy. W sklepie możemy dostać ogólno dostępne i akceptowalne społecznie używki takie jak alkohole, papierosy, napoje słodzone, słodycze i nie wiem przez kogo czytane, różnorakie gazety.  Sklepik jest mały, ciasny i większość towaru podaje sprzedawca.

Dlaczego on jeszcze działa?

  1. Lokalizacja. Sklep jest umiejscowiony zaraz przy dużym parku z placem zabaw. Żeby iść do konkurencji trzeba przejść przez ulicę lub kilka metrów dalej. Ludzie są ssakami a wszystkie ssaki dążą podświadomie do ograniczania wydatków energetycznych. W praktyce wygląda to tak, że ludziom siedzącym w parku zwyczajnie się nie chce iść dalej. Drugim ważnym elementem lokalizacji jest przystanek tramwajowy. Każdy kto korzysta z komunikacji miejskiej wie, że tramwaju przegapić się nie opłaca dlatego trzeba podejść po “chwilowy kaprys” (czyt. batonik, małpkę, gumę) do najbliższego sklepu. Trzecim elementem plusów lokalizacji jest dużo kamienic dookoła. “Stefan, idź z psem na spacer!” i taki Stefan idzie w klapkach na spacer z psem do parku przy okazji zahaczając sklep i kupując ulubione piwko na drogę ( i jedno jeszcze na drogę powrotną).
  2. Asortyment. W sklepie klienci mogą kupić wszystko co uzależnia: wódki, nalewki, piwa, ciastka na wagę, cukierki na wagę, słodycze, czipsy, słodzone napoje i chwytliwe teksty z popularnych gazet. Ze zdrowych rzeczy można kupić… hmmm… wodę :) Spora cześć klientów ma problemy z którąś z tych rzeczy dzięki czemu sklep ma większy utarg. No ale faktem jest, że przecież nikt ich nie zmusza żeby kupowali swoje przysmaki.
  3. Lojalni klienci :) Biorąc pod uwagę dwa elementy o których napisałem można łatwo sie domyślić, że zrodziły one stałych klientów. Są to w większości mieszkańcy pobliskich kamienic, alkoholicy, osiedlowe pijaczki i narkomani.

Pierwszego dnia jak zacząłem pracę byłem chyba największą atrakcją w parku. Kilkadziesiąt razy zadano mi pytanie “a pan tu nowy?”. Już właściwie po tym dniu wiedziałem, że będę musiał non stop oglądać tych samych ludzi. Każdy miał swoją historię i problemy i na moją niekorzyść wszyscy chcieli się tym ze mną dzielić- słuchałem… ale do czasu.

W pewnym momencie powiedziałem, że to koniec i teraz jestem jak lustro- jesteś dla mnie miły to ja dla Ciebie też, jesteś dla mnie dupkiem, to ja dla Ciebie jeszcze większym. Szybko zrobiłem się bardzo stanowczy, twardy i nie złamliwy.

Zaczeło być źle. Stałem się dla wielu utrudnieniem. Liczyłem kaucje na butelki tym co nie odnosili, nie pozwalałem donosić 20 gr później, przerywałem tym co narzekali i marudzili. Po prostu robiłem to co powinienem.

W końcu zrobiłem sobie bilans plusów i minusów i zauważyłem jak bardzo nie lubię tej pracy.

Plusy:

-rozsądne pieniądze jak na takie stanowisko

-po paru tygodniach  znajomy zaproponował mi jeszcze dodatkowy dzień, więc pracowałem tylko 2 dni w tygodniu. Perspektywa: 2 dni pracuje- 5 dni mam wolne, była dla mnie bardzo atrakcyjna zwłaszcza. że robię jeszcze masę innych projektów.

-mogłem w pracy, między klientami robić wiele rzeczy. Czytałem, beatboxowałem, surfowałem po sieci, montowałem filmy, tworzyłem grafiki etc.

– lepszy kontakt z kolegą prowadzącym sklep. Do tej pory jest on dla mnie jednym z autorytetów biznesowych i zawsze z rozmowy z nim wyciągam cenne lekcje.

To chyba tyle z plusów, czas więc na minusy

– brak spójności ze sklepem. Prawie nic w sklepie nie mogłem kupić i nie do końca byłem z siebie zadowolony jak komuś coś sprzedawałem. Jestem przeciwny żłopaniu alkoholu (kulturalne piwko lub dwa ok), paleniu papierosów czy jedzeniu słodyczy. Jak przychodziła tłusta klientka i kupowała 300g ciastek i colę to aż mnie ręka bolała jak nabierałem tych ciastek do torebki. Jedna z podstawowych zasad sprzedażowych “BĄDŹ PRZEKONANY DO SWOJEGO PRODUKTU”- ja tutaj byłem totalnie przeciwny.

-strach o swoje bezpieczeństwo. Klientela sklepu jak się podpiła i nie spełniałem ich ŻĄDAŃ (nie próśb) stawała się dla mnie bardzo agresywna. Na szczęście moja budowa ciała jest w miarę odstraszająca dla pojedynczych, potencjalnych napastników przy czym zdarzało się, że bałem sie zmowy przeciwko mnie. Już nawet nie w sklepie a np. po pracy.

– brak możliwości skupienia. Nigdy nie wiedziałem kiedy drzwi do sklepu się otworzą. Jadłem zerkając czy nikt nie wchodzi. Kiedy nad czymś siedziałem byłem non stop od tego odrywany, często na kilkadziesiąt minut. Niby mogłem robić co chcę ale ciągle ktoś mi w tym przerywał co było bardzo irytujące.

– smród. W sklepie poznałem zupełnie nowe sfery smrodu. Po nalewki czy tanie piwa przychodzili często strasznie cuchnący klienci. Nie wyobrażam sobie dnia bez prysznica, bo nawet czasem jak ze zmęczenia nie umyje się wieczorem to następnego dnia juz dal mnie cuchnę. Oni musieli nie myć się tygodniami. Odświeżacz powietrza musiał być tutaj zawsze sprawny. Rekordowy smród przyniósł klient który miał swój kał w spodniach :(

– brak higieny. Ręce myłem tu parenaście razy dziennie. Obrzydzało mnie jak żul wymieniał butelkę którą musiałem wziąć w swoje ręce i dać do skrzynki. Często też ktoś mi chciał podać brudną rękę żeby się przywitać i jak z początku jeszcze się na to zgadzałem tak później już odmawiałem. Zwyczajnie się brzydziłem

– marudzenie i narzekanie. Za zimno, za gorąco, za drogo, nic tu nie ma, ale jestem zmęczony, musze iść do lekarza, ale długo czekałam na poczcie… Człowiek jak całymi dniami musi słuchać takich rzeczy to nawet u tak wesołych ludzi jak ja poziom entuzjazmu spada do zera. W pewnym momencie zdecydowałem, że będę zarażał narzekaczy swoim pozytywnym podejściem do życia jednak szybko zorientowałem sie, że za dużo mnie to kosztuję energii, ponieważ na każde rozwiązanie znajdowali nowy problem. Odpuściłem i zwyczajnie przerywałem w trakcie narzekania, a coo :)

– za grosz kultury. Często przychodzili klienci którzy na wejściu odzywali sie do mnie w nie fajny sposób a że nienawidzę jak ktoś nie ma do mnie szacunku odpowiadałem im w bardzo przybliżony do ich poziomu sposób . Było z tego mnóstwo nieprzyjemnych sytuacji, a niektóre z nich prawie ocierały się o bójkę.

Po takim bilansie plusów i minusów decyzja była natychmiastowa- koniec z tym. Oczywiście było kilku, może kilkunastu klientów z którymi się lubiliśmy i szanowaliśmy ale w odniesieniu do większości pijaków, chamów i niechlujów był to naprawdę mały procent.

W sklepie zrozumiałem też jak wiele ludzi jest po prostu głupia. Ludzie mieli problem z wysłowieniem się, prostymi działaniami matematycznymi, w ogóle z podjęciem opłacalnej dla nich decyzji. Denerwowałem się jak bezrobotni renciści przychodzili żeby się nawalić za pieniądze polskich podatników. Dlatego jest bardzo przeciwny wszelkiego rodzaju zasiłkom. Nie może być tak żeby państwo nagradzała obywatela za to że nie pracuje a karała podatkami tych co pracują. To jest bardzo niesprawiedliwe.

Tak skończyła się moja przygoda w sklepie z używkami. Jedną z nielicznych rzeczy, które dawały mi satysfakcję z tej pracy było praktycznie non stop utwierdzanie, że jestem relatywnie inteligentnym, dobrze wychowanym i utalentowanym młodym gościem :)

Lokalna telewizja internetowa… od początku do końca

Tak jak pisałem w poprzednim poście rok temu w wakacje wymyśliłem sobie projekt: będę lokalnym dziennikarzem, który robi filmy i stworzę telewizję internetową. Nie miałem do tego odpowiedniego sprzętu, umiejętności i żadnego doświadczenia. Jednak jako wieczny uparciuch lubię osiągać założone wcześniej cele.
Zadawałem się wtedy z kolegą, który nie cieszył się w mieście dobrą opinią ale podobnie jak ja był chętny do pracy przy tym przedsięwzięciu. Cały projekt nazwałem OcaTV (skrót “oca” pochodzi od nazwy miejscowości Oleśnica). Nauczyłem się posługiwać programem Adobe Illustrator i stworzyłem logo tego projektu. Założyłem nowego maila, fanpage na facebooku i konto na youtube. Wymyśliłem także całą identyfikację wizualną dla tego projektu. Mój wspólnik kupił domenę, postawił bardzo prostą stronę i miał docelowo zajmować się montażem filmów. Mieliśmy sprzęt potrzebny do nagrywania (dwie lustrzanki i rejestrator dźwięku), więc ruszyliśmy w świat.
Wymyśliliśmy sobie, że najpierw będziemy robić sondy. Zadawaliśmy przypadkowo spotkanym ludziom różne pytania. Później kolega szedł do domu i montował. Następnie wrzucał to na youtuba, żeby później promować to na naszej stronie WWW oraz na facebooku.
Projekt się rozwijał i zyskiwał coraz większą popularność. Wiedziałem, że coś może z tego być tylko musimy się przyłożyć, musimy dać ludziom coś nowego, nową jakość. Mój wspólnik był typowym zadaniowcem, czyli potrafił dobrze wykonywać dane mu polecania ale miał problem z samodzielnym wymyślaniem pomysłów a następnie z ich dobrą realizacją. Tylko jemu wydawało się, że to co wymyślił jest dobre gdzie w rzeczywistości prawie wszystkie jego pomysły były jakościowo słabe lub zwyczajnie śmieszne. Wiedziałem, że od strony wizerunkowej to będzie słabe i ludzie jak się zainteresują tematem to tylko dla beki. Nie chciałem tego.
Pod koniec grudnia kupiłem nowy komputer. Zależało mi żeby szybko nauczyć się robić filmy, gdyż wiedziałem, że mój wspólnik totalnie nie rozumiał czego od niego oczekuję i najczęściej jego produkcje kończyły się moją akceptacją w stylu: “ehh, no dobra… już niech będzie”. Od dawna interesowała mnie produkcja filmów i wiedziałem, że mogę być w tym dobry. Zagadałem do mojego dobrego znajomego, który jest profesjonalistą w robieniu filmów lustrzanką, żeby mnie czegoś nauczył. Wziąłem ze sobą nowego notebooka i wyszliśmy na piwo. Po 3-4 kuflach mogłem powiedzieć oficjalnie, że umiem robić filmy :) Wiadomo, że to były tylko podstawy ale na tamtą chwilę całkowicie mi wystarczały.
W styczniu ostro (i celowo) pokłóciłem się z moim wspólnikiem i od tamtej pory projekt dziennikarski OcaTV przestał istnieć.
Tutaj od myślnika wymienię cenne lekcję z tej historii:
– OcaTV była czymś nowym dla Oleśniczan i ludzie byli ciekawi jak to się rozwinie. Wiedziałem, że nie prześcigniemy dziennikarskiej konkurencji w tempie dodawania materiału, ponieważ nagrywanie i montaż filmu trwają o wiele dłużej niż napisanie artykułu wraz ze wrzuceniem kilku zdjęć. Mimo tego uważałem, że krótkie filmy w przystępnej dla widza formie mogą być atrakcyjniejsze. Ponadto chciałem żeby telewizja miała swoje programy dlatego wymyśliłem serię “miejska pasja” w której Oleśniczanie mieli opowiadać o swoich zainteresowaniach (miało to być elementem promocyjnym bo wiadomo, że najchętniej ludzie oglądają samych siebie). Okazało się, że trafiłem i ludzie nas oglądali. Każdą uwagę traktowałem jako konstruktywny feedback. OcaTV mogłaby trwać dalej gdybym na samym początku nie popełnił ogromnego błędu… domenę kazałem kupić mojemu wspólnikowi. Ten jeden szczegół zaważył. Na mnie było wszystko pozostałe a tylko jedną rzeczą pozwoliłem zająć jemu. Bez strony cały projekt nie miał sensu bo właśnie ona miała generować ruch który później chciałem spieniężyć. Teraz do końca życia będę już wiedział, że w jakimkolwiek przedsięwzięciu jakie tworzę musi być wszystko na mnie. Chcę być w 100 % odpowiedzialny za wszystko.
– Na samym początku projektu kiedy wszystko jeszcze było w mojej głowie konsultowałem pomysł z kilkoma osobami. Każdy z nich był bardzo zdziwiony ,że chcę współpracować i tworzyć to akurat z tą osobą. Miała ona bardzo złą opinię wśród większości moich przedsiębiorczych znajomych. Ja to niestety ignorowałem. Traktowałem go jako dobrego pracownika zapominając, że to jest jednak wspólnik. Nauczka z tego może być taka że jeśli już chcesz z kimś współpracować to niech to będzie osoba, która cieszy się dobrą opinią. Ale odradzam spółki, bo kim by nie był twój partner to jestem pewny, że się będziecie kłócić. Jest ogromna szansa na to, że z najlepszych kumpli staniecie się najgorszymi wrogami. To jest tylko moje zdanie, które może u kogoś innego się nie sprawdzi. W każdym razie jeśli jesteś sam to masz pewność, że Twój biznes zależy tylko od Ciebie.
– Przy Tworzeniu materiału filmowego przydało się wiele wcześniej zdobytych kontaktów. Mam to szczęście, że zawsze byłem aktywną osobą i podczas tych aktywności poznałem mnóstwo ludzi. Będąc dla większości z nim dobrym rozmówcą mieli o mnie dobre zdanie i chętnie pomagali. Kiedyś mądry znajomy powiedział, że Twoja wartość rynkowa zależy od iloczynu 3 czynników: 1. Twoich faktycznych umiejętności 2. Umiejętności sprzedaży tych umiejętności 3. Twoich kontaktów. W punkcie 2 i 3 czuję się relatywnie mocny :)
– Jak tworzysz swój projekt to musisz się rozwijać! Podczas tworzenia OcaTV musiałem nauczyć się baaardzo dużo- tworzyć i edytować grafiki, kręcić i montować filmy, pisać PRowe teksty, wymyślać atrakcyjne tematy, dobrze prowadzić fanpage, nauczyć się funkcjonowania youtuba i poznać możliwości jakie daje, generować ruch na stronie. Przeczytałem w tym czasie sporą ilość artykułów i poradników które mi na bieżąco pomagały rozwiązywać problemy. Pomimo tego, że projekt szybko się skończył to dał mi niezbędną wiedzę i umiejętności do stworzenia czegoś nowoego.

Po zamknięciu OcaTV czułem się zajebiście wkurzony na samego siebie, bo traktowałem ten projekt jak swoje dziecko, które przez swoją głupotę muszę zostawić w lesie na pewną śmierć. Na szczęście wiedziałem, że mój wspólnik nic groźnego z domeną nie zrobi i chcąc stworzyć coś samemu, będzie to słaba kopia moich pomysłów. Tutaj też się nie myliłem :)
Nie chciałem tego tak zostawić bo poczułem, że można na tym zarabiać. Nie wiedziałem ile ale coś na pewno. Myślałem kilka dni, przeanalizowałem wszystkie błędy popełnione wcześniej i spotkałem się z moim znajomym zajmującym się robieniem stron internetowych a także dobrze znającego się na brandingu. Podpowiedział mi, że użycie w nazwie “oca” z automatu targetuje mnie na młode pokolenie, ponieważ starsi (oraz osoby z poza miasta) nie będą rozumieć tego skrótu. Dał mi kilka pomysłów w jaki sposób będzie można zarabiać na takim biznesie oraz cenne wskazówki przydatne przy tworzeniu nowego portalu. Tak zrodziła się nowa telewizja internetowa TVolesnica.pl. Miałem wszystko czego potrzebowałem więc zacząłem działać. Kupiłem domenę, stworzyłem logo, wymyśliłem cały model biznesowy, zacząłem nagrywać i montować materiał, znajomy robił stronę. Po kilku dniach intensywnej pracy MVP (minimum value product) był już gotowy. Wcześniej ogromnym błędem była promocja zanim pojawiły się jakieś treści, teraz zapraszając osoby do lajków czy subskrypcji widać było, że to już działa.
TVolesnica.pl szybko wyprzedziła “konkurencje” i ludzie wręcz czekali na następny film. Pojawiły się też pierwsze pytania o koszt reklamy itp.
W tym momencie pojawił się czynnik z którego zdawałem sobie sprawę od samego początku- mianowicie, musiałem się wyprowadzić z Oleśnicy. Nie zbyt daleko ale dojazdy bardzo by utrudniły mi funkcjonowanie. Na początku myślałem, że będę to w stanie pogodzić ale szybko się zorientowałem, że jest to dla mnie zbyt uciążliwe. Dodatkowo zauważyłem, że praca którą muszę wykonać w związku z całym projektem jest dla mnie nie proporcjonalna do zarobków które realnie mógłbym osiągnąć. Musiałem podjąć ważną decyzję co dalej z tym zrobić, ponieważ jeśli chciałem się rozwijać to materiału musiałoby być coraz więcej a mi zaczynało brakować czasu i pieniędzy.
Wreszcie odpuściłem… Cieszę się, że w krótkim okresie czasu nauczyłem się bardzo dużo. Jestem wdzięczny wszystkim osobom które mi pomogły w promocji, w zbieraniu materiału, w robieniu filmów i wspierały mnie przez cały czas. Właściwie gdyby nie ta pomoc było by mi o wiele ciężej. Uświadomiłem sobie, że zdobyte i ćwiczone przez lata umiejętności komunikacyjne są niesamowicie przydatne przy budowie swojego biznesu.

Mam nadzieje, że ta historia przyda Ci się i wyciągniesz z niej cenne dla Ciebie lekcje.
Pozdrawiam 😉

Wracam do pisania :)

No nieźle… już tak dawno nie pisałem nic na swoim blogu, że aż nie wiem od czego zacząć. Może napiszę zwyczajnie w świecie co u mnie :) . Od wygranej na trenera Łomżingu przeszedłem w życiu kilka różnych potknięć. Zawsze myślałem, że jestem gotów na dużą kasę a tu nagle zdziwko. Wydałem wszystko w około w 3-4 miesiące. Oczywiście nie przepiłem wszystkiego ale zamiast zainwestować np. w DJ-kę i kupić za to dużo dobrego sprzętu, nakupowałem zabawek, które właściwie nie dają mi zarobku. Zobaczymy… pracuję ciągle nad tym żeby te “środki trwałe” wreszcie mi jakoś pomogły.
W poprzednie wakacje wymyśliłem sobie projekt dziennikarski Oleśnickiej telewizji internetowej o którym napiszę osobny post gdyż nauczyłem się na nim sporo przydatnych w życiu kwestii marketingowo-komunikacyjnych. Na razie jedna z nich: NIGDY W ŻYCIU ŻADNYCH SPÓŁEK! Albo działam sam i jestem odpowiedzialny za wszytko co robię albo ktoś płaci mi za pomoc przy jego przedsięwzięciach. Dlaczego? Ponieważ nawet z najlepszego kumpla może wtedy urodzić się nasz największy wróg.
Po nieudanej spółce stworzyłem swój prywatny projekt tvolesnica.pl, którym ze względów logistycznych przestałem się zajmować. Na razie zostawiam ten temat ponieważ pieniądze, które mógłbym na nim zarabiać (przy włożeniu dość dużej pracy) są dla mnie totalnie niesatysfakcjonujące. Może w przyszłości wynajmę sobie ludzi którzy będą nad tym pracować a ja będę tym legendarnym założycielem 😛
Kandydowałem też w ostatnich wyborach samorządowych na radnego :) . Wyrobiłem w sobie bardzo mocne stanowisko poglądów politycznych co dało mi odwagę do szukania poparcia w mieście. Niestety (a może na szczęście) przegrałem.
Założyłem w między czasie swoją stronę kurpix.pl z którą wiążę dość duże plany. Nie będę ich na razie zdradzał. Powiem tyle, że obecna forma, czyli: DJ, Betbox, Video, Photo, będzie zorientowana tylko na jednym obszarze. Chcę się skupić na mojej drugiej miłości w życiu- na muzyce. Pochwalę się, że stronę, od wszystkich grafik po całą jej formę, zrobiłem sam.
Niedawno wróciłem na siłownie 😀 Cieszę się bardzo bo już od dawna mi brakowało systematycznych treningów. Myślę, że za jakiś czas pochwalę się tutaj moimi efektami. Postanowiłem w tym roku osiągnąć 2 cele. Zrzucić brzuch i odbudować mięsień uda w mojej dość osłabionej (przez hemofilię) lewej nodze. Nie piję alkoholu, zdrowo się odżywiam nie jem słodyczy (dla tych co nie wyobrażają sobie bez nich życia polecam szósty odcinek serialu dokumentalnego “Tajemnice korporacji”. Tytuł mówi sam za siebie: “słodka trucizna”). Chcę żeby takie zdrowe życie stało się moim nawykiem.
No to chyba tyle… pół roku minęło jak jeden dzień. Daje to do myślenia ponieważ patrzę gdzie byłem rok temu i gdzie jestem teraz, i dochodzę do wniosku, że muszę wyciskać z życia dużo więcej. Dla mnie nie ma nieba ani piekła, po śmierici zwyczajnie przestajemy istnieć, dlatego szanuję życie o wiele bardziej niż nie jeden chrześcijanin. Przeżyłem już gdzieś 1/3 może przy odrobinie szczęścia 1/4 życia. To dużo. Chcę żeby na sam koniec móc sobie powiedzieć “dziękuję przypadkowi że dał mi możliwość przeżycia całego mojego życia, jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie…”
Do dzieła!

Strzałeczka 😉

‪#‎mójkrajtakipiękny‬

Ostatnio z kolegami robiliśmy kameralną imprezkę. Padło standardowe pytanie: Co pijemy? Grupa podzieliła się między tych co woleli napić się piwka a tych co staropolskim obyczajem woleli wódkę. Zrobiliśmy więc szybkie głosowanie. 

Po podliczeniu wszystkich głosów okazało się, że wygrał PSL.

 

 

dwa pytania do zmotywowania

Pamiętam jak kilka lat temu trafiłem na książkę Birana Tracego “Maksimum osiągnięć”. Każdy kto zna tego autora wie, że  jak się przeczyta tylko tę książkę to tak jakby się przeczytało już wszystkie pozycje tego autora. Rzecz jednak w tym, że podaje tam różnorakie techniki motywacyjne. Pozytywne myślenie, wypisywanie celów na kartce, wizualizacje, afirmacje, deklaracja swoich planów innym- to tylko jedne z przykładów. Tak naprawdę są one niewystarczające. Nie chce pisać, że są niepotrzebne, ponieważ moim zdaniem wzmacniają one naszą motywację, jednak tylko na chwile. Fundament motywacji jest trochę inny.

Ludzie mają jakieś dziwne przeświadczenie, że jak ustawią sobie na pulpicie ferrari i będą sobie wyobrażali, że nim jeżdżą, później zapiszą sobie termin kiedy to będzie, następnie będą sobie powtarzać coraz to bardziej wyniosłe  afirmacje i opowiedzą o swoich planach innym, to na sto procent za kilka lat samochód tej marki będzie stał w ich garażu. Problem polega na tym, że choćby powiedzieli swoje cele milionowi osób i powtarzali sobie 200 razy dziennie teksty w stylu “jestem zwycięzcą” to póki nie odpowiedzą sobie na papierze, na dwa pytania, jedynym ferrari jakie będą mogli oglądać to wspomniane wcześniej z pulpitu.

Próbowałem już stosować wiele technik motywacyjnych i nie działały one tak jak powinny. Nakręcałem się na coś przez chwilę, jednak ta motywacja ciągle spadała aż dochodziła do zera i utrzymywała się na tym poziomie przez jakiś czas póki znowu nie pojawiła się chęć wytestowania jakiejś nowej techniki motywacyjnej, która działała dokładnie tak długo jak poprzednia czyli kilka dni… no może kilka tygodni.

Sposób dwóch pytań można powiedzieć, że też jest swego rodzaju techniką, przy czym na podstawie własnych doświadczeń wiem, że jest skuteczny. Dodatkowo można go łatwo spróbować bez większego wysiłku.

To co to za pytania?

Pierwsze z nich: Dlaczego chce to zrobić/mieć/osiągnąć?– jeśli nie wiesz dlaczego się za coś zabierasz to prawdopodobnie szybko z tego zrezygnujesz. My, ssaki jesteśmy takimi stworzeniami, że jak czegoś nie musimy to tego zwyczajnie nie robimy. Jeśli wiesz dlaczego Twój cel jest dla Ciebie ważny i jesteś w stanie wypisać sobie na papierze te wszystkie „dlaczegi”, to będzie Ci zdecydowanie łatwiej podczas chwil zwątpienia lub zastanawiania się nad sensem poświęcania mu czasu.

Drugie: Jak mam to osiągnąć?– jeśli nie wiesz jak się do czegoś masz zabrać to bardzo szybko znajdziesz wiele wymówek, które przytłumią Twój cel do takiego stopnia, że sobie go odpuścisz. Tracy w swojej książce napisał „brak planowania to planowanie porażki”. Musisz, rozpisać sobie plan działania punkt po punkcie. Duże zadania rozbij na mniejsze podpunkty. Wtedy będziesz wiedział co możesz dzisiaj zrobić żeby zbliżyć się do osiągnięcia celu. Bez tego, przy pierwszym-lepszym problemie w stylu„nie wiem jak to zrobić”- szybo się wykruszysz.

Przykład.

Chce nauczyć się grać na gitarze.

Biorę kartkę papieru i dzielę ją na pół. Na jednej połowie piszę „dlaczego?” a na drugiej „jak”.

DLACZEGO?

-bo dźwięk gitary sprawia mi przyjemność (a będąc hedonistą chce mieć w życiu jak najwięcej przyjemności)

– bo chce grać na ogniskach ze znajomymi ( kiedy imponuje ludziom czuję się dobrze- i nie ma w tym nic złego!!!)

– bo imponuje to koleżance, która mi się podoba (z miłości można wiele  :) )

JAK?

– muszę mieć gitarę -> jak ją zdobyć? -> kupić albo pożyczyć-> od kogo mogę pożyczyć?/gdzie mogę kupić?-> od punktu wypisujemy osoby lub miejsca-> kiedy mogę po nią pojechać/podejść? Itp.

– muszę nauczyć się podstawowych chwytów-> jak chce sę tego uczyć?-> samemu lub od kogoś-> jak samemu to gdzie szukać informacji/ jak od kogoś to od kogo?(jeśli nie znamy nikogo to pytanie kto może znać taką osobę) itp.

– kiedy mogę ćwiczyć?

-gdzie mogę ćwiczyć?

Możemy nawet sobie rozpisać co  uczymy się danego dnia.

 

Polecam tę metodę każdemu kto ma problemy ze zmotywowaniem siebie to podjęcia działania podczas osiągania celów. Kiedy odpowiedzi na te pytania powiesimy sobie nad łóżkiem i nauczymy się ich na pamięć to mało co będzie nas w stania powstrzymać podczas realizacji danego celu.

Zachęcam do eksperymentu z tym sposobem

 

Pozdrawiam :)

Trener Łomżingu

W moim życiu miała miejsce śmieszna historia.

W połowie czerwca napisała do mnie na facebooku moja jedyna kuzynka od strony ojca. Trafiła ona wtedy w internecie na niestandardowe ogłoszenie o pracę. Stanowiskiem na jakie firma poszukiwała odpowiedniego człowieka był “Trener Łomżingu”. Ogłoszenie było umieszczone na normalnych portalach z ogłoszeniami, m. in. gazetapraca.pl, olx.pl, praca.money.pl itp.

Wśród wymagań stawianych “trenerowi” było przede wszystkim: skłonność do osiągania błogostany bez względu na okoliczności, nieumiejętność pracy pod presją czasu, mile widziana niechęć do budzików i kalendarzy. Wynagrodzenie trenera na okres dwumiesięcznej pracy miało wynieść 10 tysięcy złotych brutto za miesiąc oraz pracę tylko w niektóre weekendy. Kuzynka napisała mi, że jak na to trafiła to od razu pomyślała o mnie- “no Tomek, nadajesz się idelanie” 😀 Pomyślałem: “rekrutacja trwa do pojutrza, więc mam w sumie jeszcze szanse”. Przerobiłem troszeczkę sowje CV i wysłałem. Po kilku godzinach dostałem odpowiedź, że jestem zaproszony na rozmowę rekrutacyjną która odbędzie się za dwa dni w Warszawie. No to co? Oczywiście że jadę :). Rozmowa była przeprowadzona w formie castingu. Trzeba było wykonać przed kamerą kilka zadań potwierdzających kompetencje ważne na stanowisku Trenera Łomżingu. Jak się okazało, byłem wręcz idealny. Tutaj dwie części z castingu:

1. Casting cz.1

2. Casting cz.2

Po castingu dowiedziałem się, że wygrałem między innymi dlatego bo mój beatbox oraz umiejętność kłamstwa spodobały się jury :)

I tym oto sposobem zostałem pierwszym w Polsce oficjalnym TRENEREM ŁOMŻINGU. Kilka dni po Castingu pojechaliśmy z chłopakami kształcić się w zielonych zakamarkach Mazur. Tak powstał “Dekalog Łomżingu”, który prezentuje poniżej :)

Odcinek 1. Jak zrobić grilla

 

Odcinek 2. Jak leżeć na trawie

 

Odcinek 3. Jak łowić ryby

 

Odcinek 4. Jak grać w babinktona

 

Odcinek 5. Jak rozłożyć namiot

 

Odcinek 6. Jak wchodzić na hamak

 

Odcinek 7. Jak zbierać grzyby 

 

Odcinek 8. Jak rozłożyć koc 

 

Odcinek 9. Jak grać w siatkówkę 

 

Odcinek 10. Jak rozkładać leżak 

 

 

KONIEC